rejestracja
  
 zaloguj
0-23-56-1011-14rodzicedziadkowie
2+

Historie wiosenne  »

wersja do druku

Historie wiosenne


Zima dała nam popalić. Bezsprzecznie. Miałam Wam napisać o ptakach, które na zimowisko przylatują do Polski, ale uznałam, że to może poczekać.


Zalegający na dachu mojego domu śnieg zamienił się po kilku tygodniach w solidny lodowiec. Wierzby i tuja na balkonie zniknęły pod prawie metrową warstwą śniegu. Balkonik mam niewielki, więc zmartwiłam się trochę, jak on utrzyma taki ciężar aż do wiosny, ale jakoś sobie poradził. Przynajmniej na razie. Górka śniegu też się przydała, bo wbiłam w nią bambusowy kijek z zatkniętym na czubku „smalcowym lizakiem” dla sikorek.
Wiecie, jak robi się taki przysmak? Trzeba roztopić w garnku tłuszcz, najlepiej smalec, ale może być i zmielona słonina, potem, jak trochę wystygnie, wlewamy go do kubeczka (na przykład po lodach) i do środka wsypujemy mieszankę ziaren – słonecznika, dyni, prosa, owsa itp. Kiedy kubeczek całkiem ostygnie, wstawiamy go do zamrażalnika, a gdy zamarznie wytrząsamy i nabijamy na patyk. Możemy też przewlec drut lub sznurek i powiesić „lizaka” na gałęzi albo z boku karmnika. A potem życzyć sikorkom i innym ptakom „Smacznego!”.
No więc patyk z zatkniętym „lizakiem” tkwił sobie w moim własnym, balkonowym śniegu, aż tu pewnej nocy lodowiec na dachu zaczął się cielić.
Dziwne wyrażenie, prawda? Zwykle cieli się krowa. Ale mówi się też tak o olbrzymich lodowcach z regionów polarnych, od których z wielkim trzaskiem i hukiem odrywają się masy lodowych odłamków i wpadają do morza. Poczułam się więc prawie jak na Antarktydzie. Rozległ się trzask, hurgot i ogromne lodowe bloki wylądowały na moim balkonie. Inne zasypały podwórko.
A rano okazało się, że zabrały ze sobą jedną ze skrzynek i złamały bambusowy kijek. „Chyba idzie wiosna”, pomyślałam. I od razu pomyślałam też o… pingwinach. Te sympatyczne ptaki wprawdzie nie przylatują do nas na zimę, ale nieodmiennie się z nią kojarzą. Na pewno każdy z Was wie, jak wygląda pingwin - niski gość w czarnym fraku. Chociaż gdyby tak spojrzeć na liczną rodzinę pingwinów (a jest w niej prawie dwadzieścia gatunków), to znalazłyby się tam i karzełki i olbrzymy. Największy z nich – pingwin cesarski – ma aż 122 cm wysokości i może ważyć nawet 35 kilogramów!
Niełatwe mają życie. Tam, gdzie mieszkają jest zimno. Przeraźliwie zimno. Straszliwie zimno. Kiedy wiatr pędzi przez lodową pustynię, temperatura może spaść aż do minus 65 stopni! Czymże przy tym jest nasze skromne 25 stopni poniżej zera?
A jednak to właśnie wtedy pingwiny zbierają się w stada i wysiadują młode. Ojciec i matka dzielą się tą ciężką pracą, zmieniają się zaś co kilka tygodni. W tym czasie „wolny” rodzic udaje się nad morze, by polować i najeść się do syta. W najmroźniejsze dni pingwiny zbijają się w gromadę, ogrzewając się nawzajem i drepczą powoli w kółko, raz stojąc w środku, raz na zewnątrz grupy.
Jak można wytrzymać tak niskie temperatury, nie mając futra? Tak naprawdę – to nie mając nawet „prawdziwych” piór? Pokrycie ciała pingwina jest jednak doskonałe. Przekształcone pióra w kształcie rurek tworzą doskonałą, nieprzepuszczalną dla wody i mrozu warstwę izolacyjną. Przy takiej ochronie schować się mogą wszystkie kożuchy i futra!
A teraz, zachęceni przykładem pingwinim, wkładamy ciepłe ubranie i idziemy do lasu. Popatrzmy, czy nie widać oznak zbliżającej się – mam nadzieję - wiosny! Przede wszystkim patrzcie na pączki, potraficie już je rozpoznawać. Powinny być już wyraźnie większe. Przynajmniej na niektórych drzewach.
A jak coś znajdziecie, dajcie koniecznie znać.

Wasza zmarznięta przyrodniczka



Katarzyna Maleszak
Biolog
pełen profil autora

słowa kluczowe:
czas wolny, przyroda

czytaj komentarze

Oceń artykuł:
1 2 3 4 5
Dodaj komentarz:

Aby dodać komentarz
musisz się zalogować
wyślij
regulamin partnerzy kontakt redakcja
napisz do nas